Obecnie piszę na: KobiecaStronaPrawa.pl
Z dniem 15 kwietnia 2016 r. ten blog stał się miejscem archiwalnym.

"Imię róży" Umberto Eco - o książce, która z upływem lat podoba się coraz mniej

czwartek, 13 sierpnia 2015

Czytana po raz pierwszy zrobiła ogromne wrażenie, po raz drugi sprawiła wrażenie niezwykłej, a po raz trzeci ukazała, że powroty nie zawsze potwierdzają wcześniejsze wrażenia. Opowieść Umberto Eco osadzona w początkach XIV w. za klasztornymi murami budzi wśród czytelników bardzo mieszane uczucia. Tutaj wskażę za co niegdyś ją uwielbiałam, a teraz moje uczucia są zdecydowanie mniej pozytywne.
http://lubimyczytac.pl
autor: Umberto Eco
tytuł: Imię róży
wydawnictwo: PIW
rok: 1991
miejsce wydania: Warszawa
liczba stron: 628
źródło: wypożyczona z biblioteki
Trzeci raz zabierając książkę z bibliotecznej półki liczyłam na odprężenie przy genialnej książce. Zabolało tylko to zaskoczenie, kiedy pamięć okazała się niedostatecznie plastyczna, a wrażenia po przeczytaniu książki złudne.

Pozostały dwie postaci rodem z kryminałów Artura Doyle'a: inteligentny angielski franciszkanin oraz młodziutki nowicjusz benedyktyński Ads z Melk, którzy przybyli do benedyktyńskiego opactwa, aby rozwikłać kwestię zagadkowego morderstwa/samobójstwa. Mając trupa, drobne poszlaki, umysł nastawiony na łączenie pozornie niepasujących faktów i dusze detektywa muszą rozwikłać co się stało i jakie były tego przyczyny. I co ważne! Sama akcja rozwikłania morderstw (tak, tak, niestety po przybyciu, prawie że codziennie pojawia się kolejny trup i to w dość niecodziennych okolicznościach), które powiązane są z jedną z największych bibliotek - labiryntu to niebywała gratka dla fanów kryminału!

Otoczka religijnych dysput związanych stricte z wątkiem kryminalnym była mi zdecydowanie najmilsza i to jej poszukiwałam w powieści. W końcu wychowałam się na kryminałach Doyle'a i Hitchcocka (dla nastolatków). Szkoda, że stanowiła ona jednak niewielką część Imienia róży

Akcja osadzona w średniowieczu otoczona została ówczesnym (aż nazbyt topornym) językiem, od którego... niestety rozbolała mnie głowa (!). Sama nie wierzę w to co piszę. Nigdy nie przypuszczałam, że tak skończy się czytanie jakiejkolwiek powieści. Do tego dorzućmy jeszcze główny i stale powracający temat, a zatem teologiczne dyskusje. Mamy tam rozmowy o heretykach i mnichach, żyjących w ubóstwie, których zachowanie traktuje się na granicy wiary w Chrystusa a pogaństwem. W świetle współczesnego niezwykłego pontyfikatu św. Franciszka rozważania te brzmią stosunkowo archaicznie, ale... nadal jest w nich za wiele prawdy. Nakreślając rys historyczny weźmy pod uwagę, iż jest to okres władzy dwóch papieży, skorumpowania i dużych wewnętrznych problemów na tronie piotrowym.

Nadal wierzy się w czarownice; inkwizytorzy tylko szukają okazji aby palić na stosach, a prawie że każdy z bohaterów ma na sumieniu czyny, o których wolałby nie mówić. Homoseksualizm tępiony jako choroba nieobcy jest niejednemu duchownemu. 

Prowadzone logiczne rozumowania są nadzwyczaj trudne, wymagają bowiem niemałej wiedzy, skupienia nad treścią rozmów i rzucanymi aluzjami i częstych odnoszeń do łaciny. Mnie one... nudziły swoją zawiłością. A szkoda.... bo w lżejszej formie chętniej bym nad nimi porozmyślała.

I jak jeszcze kilka lat temu byłam nimi zauroczona, tak teraz nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Tak jak zostało powiedziane: ważne jest, że nie wszyscy powinni wszystko poznać*, a ja dodam, że nie wszyscy chcą wszystko poznać i dotrwanie do końca czasem jest szansą na zmianę zdania, a przynajmniej nadzieją na takie zakończenie. Niestety nie zawsze nadzieja przyczynia się do zmiany tego zdania.

Pozostaje jednak kwestia druga, a więc związana z tym, iż mając przed sobą księgę, nie powinniśmy zadawać pytania, co ona zawiera, ale co chce powiedzieć...** to znalazłoby się i coś na obronę, Jednak czy dobre przesłanie nie może zostać ujęte w formę bliską czytelnikowi i przystępną do przyjęcia? Poza tym zawartość i przesłanie są ze sobą związane i muszą współgrać aby efektywnie oddziaływać na czytelnika.

Na koniec jednak podrzucam jeszcze jeden cytat, który bardzo mi się podobał: Jednego musisz się nauczyć (...) nie ufać (...) przysięgom, których zawsze dotrzymuje co do litery, ale gwałci w substancji.

Tak się zastanawiam, czy warto czytać książkę ponownie ryzykując utratę zachwytu nad danym tytułem? A może jeżeli książka przejdzie test ponownego czytania, to znaczy, że jej treść trafia do czytelnika bez względu na zmieniający się wiek, spojrzenie na świat, doświadczenie?

Imię róży przeczytałam w ramach prywatnego wyzwania Top 13 książek na rok 2015


*U. Eco, Imię róży, PIW 1991, s. 107
**U. Eco, Imię róży, PIW 1991, s. 367
***U. Eco, Imię róży, PIW 1991, s. 338

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Cześć,
cieszę się, że chcesz zostawić po sobie ślad na moim blogu. Pamiętaj jednak, że komentarze na mojej stronie obsługuje Disqus. Dzięki niemu, jeżeli odpowiem na Twój komentarz zostaniesz powiadomiony e-mailowo :)
Pozdrawiam
Ania